TO WCALE NIE BYŁ MÓJ PLAN
Zanim pojawiła się ciężarówka, była po prostu droga. Dobra muzyka, dobre kilka godzin za kierownicą i kilkaset kilometrów przede mną potrafiły zrobić ze mną więcej dobrego niż niejeden dzień odpoczynku. Jechałam, śpiewałam, układałam sobie myśli i na chwilę odcinałam się od wszystkiego, co zostawało za mną. Droga dawała mi poczucie wolności. Pewnego dnia pomyślałam, że może kiedyś zrobię wszystkie kategorie prawa jazdy. Nie dlatego, że marzyłam o pracy za kierownicą ciężarówki. Nie dlatego, że chciałam zmieniać swoje życie. Po prostu dla siebie. Dla satysfakcji. Dla zabawy. Plan był prosty: zdobyć uprawnienia, nacieszyć się własnym osiągnięciem i schować prawo jazdy do szuflady. Brzmiało całkiem rozsądnie. Tyle że życie, jak się później okazało, miało dla tej szuflady zupełnie inne plany…
POMYSŁ, KTÓRY MUSIAŁ POCZEKAĆ
Przez długi czas ten pomysł funkcjonował gdzieś z tyłu mojej głowy. Wracał od czasu do czasu, ale nigdy nie był na tyle ważny, żebym podporządkowała mu inne plany. Powód był bardzo przyziemny — pieniądze. Zrobienie prawa jazdy na ciężarówkę nie było tanim kaprysem, a ja zawsze potrafiłam znaleźć coś rozsądniejszego, na co warto było przeznaczyć te środki. Tym bardziej że w tamtym momencie nie wiązałam tych uprawnień z żadną zmianą zawodową. Miały być wyłącznie dla mnie. Więc czekałam. Bez konkretnej daty, bez presji i bez planu, kiedy właściwie miałabym się za to zabrać.
Aż pewnego dnia pojawiła się informacja o projekcie finansowanym ze środków Unii Europejskiej, w ramach którego można było bezpłatnie zrobić kurs na prawo jazdy kategorii C. Wtedy pomyślałam tylko jedno: „To jest moja szansa.”
TYM RAZEM NIE BYŁO WYMÓWEK
Skoro do tej pory największą przeszkodą były koszty, a nagle ktoś właśnie tę przeszkodę zdejmował mi z drogi, trudno było znaleźć sensowny powód, żeby znowu powiedzieć sobie: „może kiedyś”. Zgłosiłam się do projektu i zostałam przyjęta bez większego problemu. Co ciekawe, kobietom było wtedy trochę łatwiej dostać się do programu. Jednym z jego założeń było zwiększenie liczby kobiet w transporcie, dlatego w każdej grupie miała znaleźć się przynajmniej jedna uczestniczka. Chętnych kobiet nie było jednak zbyt wiele, więc w praktyce działało to na moją korzyść. W efekcie trafiłam do grupy jedenastu osób i byłam w niej jedyną kobietą. Pracowałam wtedy w IT, więc funkcjonowanie w mocno męskim środowisku znałam już całkiem dobrze i nie robiło to na mnie większego wrażenia. Za to sam fakt, że właśnie zaczynałam kurs na ciężarówkę? To już było coś zupełnie nowego. Wreszcie mogłam spełnić swoje kolejne marzenie.

NA TEORII WSZYSTKO MIAŁO SENS
Teoria od początku była dla mnie tą częścią kursu, w której czułam się naprawdę dobrze. Wszystko było dla mnie logiczne, poukładane i zwyczajnie ciekawe. Lubię wiedzieć, jak coś działa, więc zamiast uczyć się przepisów czy zasad na pamięć, starałam się je po prostu zrozumieć. Pamiętam, jak podczas jednych zajęć instruktor powiedział do chłopaków: „Panowie, trzymajcie się tej pani. Ta pani wszystko wie.” Było to o tyle zabawne, że byłam jedyną kobietą na kursie, a mimo to właśnie przy teorii często wybijałam się na tle całej reszty. Nie ukrywam, że bardzo mnie to wtedy ucieszyło. Nie dlatego, że chciałam komukolwiek coś udowodnić, tylko dlatego, że widziałam, że naprawdę dobrze sobie radzę w zupełnie nowym dla mnie temacie. Tym bardziej że wcześniej nie miałam żadnego doświadczenia z ciężarówkami. Nie znałam ich od strony zawodowej, nie wychowałam się w transporcie i nie miałam za sobą żadnej praktyki. Na tym etapie wszystko szło więc naprawdę dobrze. I chyba właśnie dlatego pierwsza jazda miała mnie tak mocno zaskoczyć.

I NAGLE ZAPOMNIAŁAM JAK SIĘ JEŹDZI
Na pierwszą jazdę czekałam z ogromną ekscytacją. W końcu miałam usiąść za kierownicą prawdziwej ciężarówki i sprawdzić, jak to wszystko wygląda w praktyce. Wsiadłam, rozejrzałam się po kabinie i przez chwilę naprawdę miałam w głowie tylko jedno: „Wow. Ja naprawdę to robię!” I wtedy stało się coś absurdalnego. Nagle zapomniałam, jak się jeździ. Pomyliłam pedały, zaczęłam robić rzeczy, kktórych normalnie jako kierowca samochodu osobowego nigdy bym nie zrobiła i przez moment sama nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Cała pewność siebie z teorii gdzieś wyparowała. Instruktor spojrzał na mnie tak, jakby właśnie zaczął się zastanawiać, czy ktoś przypadkiem nie pomylił listy uczestników. W pewnym momencie jego mina mówiła już wszystko. Nie chciałam jednak dać się zbić z tropu. „Gdybym nie wierzyła, że dam radę, nie byłoby mnie tutaj” — powiedziałam. Po tej pierwszej jeździe byłam mocno rozczarowana. Nie dlatego, że instruktor coś powiedział, ale dlatego, że sama spodziewałam się po sobie znacznie więcej. Pierwszy dzień nie poszedł tak, jak sobie to wyobrażałam…
CORAZ MNIEJ STRESU, CORAZ WIĘCEJ KONTROLI
Na szczęście pierwsza jazda nie okazała się zapowiedzią katastrofy. Z każdymi kolejnymi zajęciami stres był coraz mniejszy, a ja zaczynałam lepiej rozumieć, jak ciężarówka reaguje i czego ode mnie wymaga. Powoli przestawałam walczyć z autem, a zaczynałam z nim współpracować. Coraz łatwiej przychodziło mi ruszanie, skręcanie, manewrowanie i ocenianie jego gabarytów. To, co na początku wydawało się ogromne i trochę obce, zaczynało być coraz bardziej przewidywalne. Zaczęłam rozumieć ciężarówkę nie tylko jako duży samochód, ale jako zupełnie inny pojazd, który ma własną dynamikę, własne ograniczenia i własny rytm. Kiedy zaczęłam to czuć, jazda przestała być ciągłą walką. Co ciekawe, bardzo pomogło mi też to, że praktycznie za każdym razem trafiałam na innego instruktora. Każdy uczył trochę inaczej, każdy zwracał uwagę na coś innego i każdy dorzucał mi kolejny element układanki. Na początku uważałam to za utrudnienie. Później zaczęłam traktować to jak przewagę. Bo im więcej różnych wskazówek dostawałam, tym szybciej zaczynałam rozumieć, co naprawdę działa u mnie. I gdzieś po drodze zniknęło to pierwsze poczucie chaosu. Zaczęła pojawiać się kontrola.
I właśnie na mojej ostatniej jeździe trafiłam ponownie na tego samego instruktora, z którym zaczynałam kurs. Tego, który podczas pierwszych zajęć patrzył na mnie z wyraźnym powątpiewaniem. Tym razem obserwował, jak jadę, skręcam i manewruję, a po chwili zapytał: „Kiedy Ty się tego wszystkiego nauczyłaś?” Uśmiechnęłam się. Bo wiedziałam, że odpowiedź jest prosta — po prostu nie odpuściłam.
SZUFLADA? JUŻ NIE BYŁAM TAKA PEWNA
Prowadzenie ciężarówki zwyczajnie mi się spodobało. Im więcej czasu spędzałam za kierownicą, tym bardziej miałam ochotę wracać do kabiny i próbować dalej. Wiedziałam już wtedy, że jeśli uda mi się zdobyć uprawnienia, nie chcę, żeby skończyło się tylko na kawałku plastiku leżącym gdzieś w szufladzie. Nie oznaczało to jednak, że planowałam nagle zmienić całe swoje życie i zostać kierowcą na pełen etat. Nic z tych rzeczy. W mojej głowie wyglądało to znacznie spokojniej: od czasu do czasu jakaś krótka trasa, może dorywcza praca, kilka godzin albo dzień za kierownicą — bardziej dla przyjemności niż jako nowy sposób na życie. Szuflada przestała więc być oczywistym zakończeniem tej historii. Najpierw jednak musiałam zdać egzamin. A ten, jak się później okazało, zasługiwał już na zupełnie osobną historię…



Dołącz do rozmowy